Zanim zgasło światło #1

wasze historie

Pracuję na oddziale opieki paliatywnej od jedenastu lat. Śmierć nie jest tutaj czymś niezwykłym. Jest częścią pracy. Z czasem człowiek przyzwyczaja się do ciszy po monitorze, pustego łóżka i rodzin stojących kilka minut bez ruchu na korytarzu. Do jednej rzeczy jednak nigdy się nie przyzwyczaiłam.

Do pacjentów, którzy na kilka godzin przed śmiercią zaczynają widzieć ludzi, których w pokoju nie ma.

Człowiek szybko uczy się tutaj, że śmierć nie zawsze wygląda tak, jak wyobrażają ją sobie ludzie z zewnątrz. Czasami przychodzi spokojnie, niemal niezauważalnie. Pacjent po prostu coraz więcej śpi, coraz mniej mówi, aż w pewnym momencie jego oddech się zatrzymuje. Zdarzają się jednak sytuacje, które trudno później wyrzucić z głowy.

Jedna z nich wydarzyła się niedawno. Pacjent miał prawie osiemdziesiąt lat i był już w bardzo ciężkim stanie. Od kilku dni praktycznie nie jadł, dużo spał i miał coraz mniej siły nawet na krótką rozmowę. Rodzina odwiedzała go codziennie. Z tego, co wiedziałam, jego żona zmarła wiele lat wcześniej.

Tamtej nocy miałam dyżur. Kiedy weszłam do jego sali, zobaczyłam, że nie śpi. Leżał nieruchomo i patrzył w stronę drzwi. Na początku nie zwróciłam na to większej uwagi, ale po chwili zauważyłam, że patrzy cały czas dokładnie w jedno miejsce.

Po chwili zaczął się uśmiechać. Nie wyglądał na zdezorientowanego ani przestraszonego. Miał raczej taki wyraz twarzy, jakby zobaczył kogoś, na kogo bardzo długo czekał.

Zapytałam, czy wszystko jest w porządku.

Powiedział, że przyszła jego żona.

W sali oprócz nas nie było nikogo.

Na oddziale paliatywnym człowiek spotyka się z różnymi zachowaniami pacjentów. Silne leki, osłabienie organizmu, niedotlenienie czy zaburzenia świadomości potrafią robić swoje. Dlatego nie pomyślałam wtedy od razu o niczym paranormalnym. Bardziej zastanowiło mnie to, jak spokojny był ten człowiek.

Przez kilka minut nadal patrzył w stronę drzwi. Czasami lekko się uśmiechał, czasami przymykał oczy, jakby kogoś słuchał. Nie mówił wiele. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie poprosił, żebym nie zamykała drzwi.

Później powiedział jeszcze coś, co zapamiętałam szczególnie dobrze. Stwierdził, że nie może jeszcze odejść, bo rano przyjedzie „nasza” córka.

Rano rzeczywiście przyjechała. Spędziła z nim trochę czasu. Był już wtedy bardzo słaby, ale był przytomny i zdążyli się pożegnać.

Zmarł tego samego dnia.

Nie wiem, co wydarzyło się tamtej nocy. Być może jego mózg przywołał obraz osoby, za którą najbardziej tęsknił. Być może była to reakcja organizmu, który powoli przestawał funkcjonować. Na wszystko można znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie.

Tylko że pracując w takim miejscu, czasami człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego tak wielu pacjentów tuż przed śmiercią patrzy w stronę, gdzie według nas nikogo nie ma. I dlaczego tak często mówią wtedy o tych, którzy odeszli przed nimi.