Dysk czy trójkąt? Tajemnicze zdjęcia UFO z 2003 roku, które do dziś budzą wątpliwości

1 lutego 2003 roku w niewielkim Weyauwega w stanie Wisconsin matka fotografująca syna na śniegu skierowała aparat w niebo. Powstały dwa zdjęcia obiektu, które do dziś krążą w archiwach ufologicznych. Najciekawsze nie jest jednak nawet to, co przedstawiają. Znacznie ciekawsze jest pytanie: czy patrząc nocą na trzy światła, od dziesięcioleci błędnie zakładamy, że muszą należeć do trójkątnego obiektu?

Historia zaczyna się bardzo zwyczajnie. Kobieta wraz z synem odwiedzała znajomego w Weyauwega. Chłopiec zjeżdżał na sankach, a ona robiła zdjęcia. Był wieczór i szybko zapadał zmrok. W pewnym momencie syn zwrócił uwagę na światła pojawiające się na niebie od strony południowo-zachodniej. Kobieta miała aparat już w ręku, więc po prostu skierowała go w górę i wykonała dwa zdjęcia.

Początkowo obiekt skojarzył jej się z balonem. Problemem były światła. Według jej relacji zmieniały układ, tworząc różne wzory. Obiekt przeleciał niemal bezpośrednio nad nimi, a następnie skierował się na południe, w stronę torów kolejowych. Dopiero gdy znalazł się bliżej, kobieta uznała, że bardziej przypomina dysk niż balon. Jej syn miał wciąż pytać, co właściwie widzą. Matka nie potrafiła mu odpowiedzieć.

I właśnie tutaj sprawa robi się naprawdę interesująca.

Na najbardziej znanym zdjęciu z Weyauwega widać mniej więcej okrągły lub dyskowaty obiekt. Na jego spodzie znajdują się trzy bardzo jasne białe światła tworzące wyraźny trójkątny układ, a obok nich widoczne jest słabsze czerwone światło.

Gdyby dokładnie ten sam obiekt pojawił się kilka godzin później, na całkowicie czarnym niebie, być może świadek nie zobaczyłby żadnego dysku. Zobaczyłby jedynie trzy jasne punkty przesuwające się razem. A mózg zrobiłby resztę.

Trzy światła. Trzy wierzchołki. Jeden wielki trójkąt.

To szczególnie ciekawe w kontekście słynnych obserwacji tzw. black triangles – ogromnych, ciemnych, trójkątnych obiektów zgłaszanych od dziesięcioleci w różnych częściach świata. Nie twierdzę oczywiście, że wszystkie takie obserwacje przedstawiają dyski. Weyauwega pokazuje jednak coś, o czym łatwo zapomnieć: układ świateł nie musi odpowiadać rzeczywistemu kształtowi obiektu.

Zdjęcia zostały w 2003 roku przeanalizowane przez UFO Wisconsin. Badacz zwrócił uwagę na kompresję JPEG typową dla ówczesnych aparatów cyfrowych oraz na gałęzie znajdujące się na pierwszym planie. Nie znalazł oczywistych śladów cyfrowej manipulacji i uznał, że obiekt wygląda tak, jakby rzeczywiście znajdował się za drzewem.

Nie zamyka to jednak sprawy.

Po latach zdjęcia trafiły między innymi na forum Metabunk. Mick West pokazał tam, że efekt obiektu znajdującego się za gałęziami można stosunkowo łatwo odtworzyć poprzez komputerowy montaż. Zwrócono również uwagę na czerwone i zielonkawe światła, które mogą przypominać światła pozycyjne stosowane w lotnictwie. Nie oznacza to automatycznie, że sfotografowano samolot albo że zdjęcia zostały sfałszowane.

Jest też większy problem. Fotografująca kobieta pozostała anonimowa, aparat nie został dokładnie przebadany, a kontakt ze świadkiem w pewnym momencie się urwał. Nie przeprowadzono również żadnego znanego oficjalnego dochodzenia. Zostały nam więc dwa zdjęcia i relacja, której po ponad dwóch dekadach praktycznie nie sposób już niezależnie zweryfikować.

Mimo to przypadek z Weyauwega lubię właśnie za to, że nie potrzebuje opowieści o kosmitach, tajnych bazach ani rozbitych statkach, żeby być interesujący. Wystarczy to jedno zdjęcie, które pozostawia wiele pytań – prawda czy kolejne oszustwo?